Banany, ryż i choroba

chory miś

Banany i ryż, no i może ziemniaki to chyba dwa najważniejsze składniki mojej diety ostatnich dni. Niezbyt to zróżnicowane i trudno się tym jakoś chwalić. Nie o to zresztą chodzi. Będąc na diecie eliminacyjnej chcę tu na blogu podzielić się swoimi doświadczeniami, również tymi złymi.

Powód takiej monotonii jest prosty. Choroba mnie rozłożyła, tak że praktycznie spędziłam dnie w łóżku gorączkując. Rzadko mnie coś takiego bierze, zazwyczaj tylko jakieś drobne przeziębienia, lekki katar, ból gardła i takie tam. Ale żeby zwalić z nóg i przykuć do łóżka to nie. Tym razem tak było i boleśnie przekonałam się, że konieczność przygotowywania sobie posiłków niemal od A do Z jest upierdliwa.

Skończył mi się chleb. Żeby uprościć sobie pracę wysłałam nawet męża po gotowy mix mąki bezglutenowej na chleb. W sklepie go jednak zabrakło i przytargał mi mieszankę, ale do… naleśników. Nie mogłam sobie więc zrobić żadnych kanapek. Bo ja naprawdę nie chciałam blendować, miksować, stać nad tym, czekać i piec…

Kupione gotowe kluski śląskie (znalezione bez dodatku mąki pszennej) nawet mimo dobrego sosu pieczarkowego smakowały jak trawa :/ Tak samo owsianka. Chyba mi się od tej temperatury smak zepsuł, bo w ogóle żadne jedzenie nie było jakieś wyśmienite. Brakowało mi weny do zastanawiania się nad tym, co mogę zjeść. Mąż sobie radził kupując jakieś gotowce dla siebie i dzieci, ale te dla mnie w większości odpadają. Coś mi tam chciał pichcić, ale nawet nie wiedziałam co właściwie może mi przygotować. Chciałabym powiedzieć „cokolwiek”, ale nie jedząc wielu rzeczy to niemożliwe. Dobrze, że chociaż w chorobie apetyt i tak jest gorszy.

Banany w naszym domu muszą zawsze być. Starsze dziecię je lubi, a ja dodaję je często do owsianki i traktuję jako przekąskę na lunch. Tym razem zniknęły w szybszym tempie, bo sięgałam po nie żeby zabić denerwujący głód. A gotowanie ryżu nie stanowi żadnego problemu, bo posiadam taki garnek do gotowania ryżu. Wsypuję miarkę, dodaję wodę i za 15-20 minut mogę wyjmować gotowe. Dlatego w przerwach kiedy byłam na nogach, mogłam sobie szybko nastawić i po prostu zapełnić czymś osłabiony też żołądek.

Oświadczam wszem i wobec (z pewnością bardzo odkrywczo ;> ), że wymyślanie posiłków i gotowanie jak się jest chorym to kicha! Trudno o inwencję i dobry smak. Monotonia kilku dni nie zrujnuje mi organizmu, więc nadrobię sobie w kolejnych dniach. Przynajmniej nie będzie już tak: ” – Co zjesz? -Yyyyy… nie wiem”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.