Przytłoczenie

Kto tu częściej zagląda, ten pewnie widzi spadek częstotliwości wpisów. Dlaczego tak się dzieje? Główny powód to studia. Wspominałam o tym, że jest zaczynam we wpisie z początku października.

Czekałam na początek roku akademickiego z radością i niecierpliwością przez całe wakacje, od momentu kiedy się na nie zrekrutowałam. Wybór studiów z dietetyki nie był przypadkowy i jak najbardziej świadomy. Od kilku lat zgłębiam informacje na temat zdrowego żywienia, żeby sensownie zbilansować dietę swoich alergików i własną. Mąż chodzi swoimi torami, ale to jego wybór 😉

Wiedza ta jest pasjonująca i z ogromną przyjemnością chodzę na kolejne zjazdy. To są jednak jakby nie patrzeć studia i trzeba się … uczyć.

Lubię się uczyć, bo jestem ciekawa świata. Odkąd pamiętam interesowało mnie wszystko, trochę wychodzi ze mnie taki człowiek renesansu. Miałam problem jako dziecko, a później nastolatka z określeniem się w którym kierunku pójść. Najpierw skupiałam się na przedmiotach humanistycznych, później zaś wciągnęła mnie na dobre biologia z chemią i w tym kierunku potem podążałam. Do teraz ciągle coś czytam i przerabiam różne kursy. Także sama nauka i dowiadywanie się nowych rzeczy bardzo mnie wciąga.

Zupełnie inaczej studiowało się mając lat 20 i poza nauką nie będąc obciążonym żadnymi innymi obowiązkami. Nie uważam, że podchodziłam do swoich studiów z różowymi okularami na twarzy, a mimo to przytłoczyło mnie to.

Zajęcia od godziny 7:30 do 19 potrafią dać w kość. Cały weekend, łącznie z piątkiem jest wyjęty z życia do dwa tygodnie. Odczuwam to najbardziej w poniedziałek po zjeździe, który przeznaczam praktycznie tylko na ogarnianie domu i zorientowaniu się w bieżących sprawach. Potem zaś trzeba zacząć się uczyć, bo czekają kartkówki i kolokwia. Muszę sobie ten materiał rozłożyć i do planu dnia wcisnąć tą naukę na stałe.

Tymczasem w ciągu doby dużo miejsca już nie mam. Czytanie podręczników w komunikacji miejskiej i odrabianie zadań na korytarzu, gdy syn jest na terapii okazuje się być niewystarczające. Młodsze dziecię w żłobku jest niemal pół na pół, bo co chwilę przynosi nowe choróbsko. I tak błogosławię te dni, kiedy mam te swoje 4 godziny dziennie bez dzieci, ale tak jest właśnie pod warunkiem, że oboje są zdrowi. Jeśli nie to można zapomnieć o jakichkolwiek planach.

Możecie zapytać – kobieto, co ty narzekasz, przecież to normalne życie z małymi dziećmi! Nie narzekam, zdaję sobie dobrze z tego sprawę, że każdy ma swoją pracę, dzieci i orkę na ugorze.

To co u mnie kuleje to dostosowanie się do nowej rzeczywistości. Od początku studiów doszły kolejne obowiązki i na nowo trzeba zorganizować swoje życie i dostosować plany. Ciągle uczę się sztuki odpuszczanie, wybierania priorytetów. Nie jestem asem organizacji (oj szkoda!) i dlatego wychodzi jak wychodzi.

Pojawiło się światełko w tunelu. Mniej więcej rodzinny plan tygodnia się ustabilizował, ja zaś ustaliłam sobie nowy, testowy rozkład dnia. Mam mieć miejsce zarówno na pracę w domu, naukę, ten blog i związaną z nim otoczkę oraz czas dla rodziny. Grudzień będzie więc miesiącem testowania nowej strategii. Trzymam za samą siebie kciuki żeby się udało i żaden ważny obszar nie był już dłużej zaniedbywany.

Miłego dnia moi czytelnicy! Nie porzucam blogowania, oj nie 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.