Ekologia

Żywe karpie i nasz narodowy sadyzm

Zbliżają się święta Bożego Narodzenia. Trudno ten fakt przegapić, gdy już od dawna sklepy zdobią choinki, a z głośników lecą świąteczne piosenki. Poza dekoracjami pojawiły się też typowo świąteczne produkty – prezenty, bakalie, suszone owoce i … żywe karpie w basenach. Z głośników w Carrefourze, który jest moim najbliższym marketem, gdzie robię większe zakupy, leci co chwilę formułka o tym, że sprzedaż karpi odbywa się zgodnie z wytycznymi Głównego Instytutu Weterynarii. Z ciekawości podeszłam do stoiska zobaczyć jak się odbywa sprzedaż tych ryb.

W basenie poza wspomnianymi karpiami pływały jeszcze dwa inne gatunki ryb. Plus – nie było tak okropnego przerybienia, jakiego świadkiem byłam w ulicznej sprzedaży jakieś 10 lat temu. Wtedy w zbiornikach bywało objętościowo więcej ryb niż wody…

Minus? Sposób sprzedaży. Żywe karpie można kupić i transportować w reklamówce bez wody. Nie jest taka zwykła reklamówka, bo przewóz ryby bez wody w zwykłej foliówce jest od kilku lat zakazany. Opracowano woreczki z rynienkami , dzięki czemu nie oblepiają one szczelnie ryby i pozwalają jej oddychać. Zwierzę to może przetrwać wtedy transport aż … 40 minut. Zważywszy na bardzo długie kolejki do kasy, a potem zapakowanie swoich zakupów do toreb i czas dotarcia do domu, to przy dobrych wiatrach ryby są pewnie już na granicy uduszenia. Albo nie docierają żywe do domu.

Ma być to jednak najlepsza metoda transportu wg Instytutu Weterynarii.

Worki wypełnione wodą nie są dużo lepsze, ponieważ aby zapewnić rybie odpowiednią ilość miejsca i tlenu na czas transportu, musiałyby być duże. Rzeczywistość jest jednak inna i karpie kończą w transporcie będąc nienaturalnie powyginane i podduszone przez małą ilość tlenu.

A co potem czeka takiego świątecznego karpia, zanim najodważniejszy członek rodziny postanowi ogłuszyć go ciosem młotka w głowę (o ile jest wprawiony)? Najczęściej kilkugodzinny albo kilkudniowy pobyt w wannie wypełnionej wodą. Lepsza wanna niż miska, bo można w ogóle popływać. Ale dla ryby to nadal jest wielki stres – od wyłowienia, przez sprzedaż, po końcowe podrygi w wannie zanim trafi na deskę kuchenną.

Po co? Pytam się kurcze, po co? Bo mamy świeżą rybkę na stole, najświeższą jaka może być, dopiero co jeszcze pływała! A do tego dzieci mają atrakcję, przecież mogą sobie popatrzeć na żywą rybkę. To przecież lepsze niż akwarium czy zoo.

Tradycja – rzecz święta! A my szanujemy tradycję, nawet kiedy jest okrutna i głupia.

A przecież żywe karpie to nie jest jedyna opcja! Można kupić je od razu zabite w formie świeżej lub mrożonej. Na stół mogą trafić takie rybe, które po złowieniu od razu zostały uśmiercone, a nie pakowane do pojemników, przewożone a potem przekładane do kolejnych basenów. A to wszystko zanim je klient w sklepie kupi. Mrożone karpie są ponoć nawet lepsze w smaku, ale tego nie osobiście potwierdzę , bo nie jadłam.

Na szczęście coraz więcej osób dostrzega problem i uznaje (podobnie jak zawyrokował kiedyś sąd), że ryby też prawa mają i nie trzeba im dodatkowo zapewniać męczarni. Kilka marketów wycofało się ze sprzedaży żywych ryb i bardzo dobrze. Potrzeba jednak więcej nacisków na pozostałych sprzedawców, żeby też się wycofali.

Może pomóc w tym podpis pod petycją fundacji Otwarte Klatki.

Znajdziesz ją tutaj: https://pomozkarpiom.pl/

Wiem, że ogólny ton tego wpisu jest dość bezwględny. Nawet nie próbuję ukrywać tutaj swojego zdania i rozważać argumentów za i przeciw.

Nie widzę sensu w okrutnych tradycjach męczenia zwierząt przed ich zabiciem. Mam tylko wielką nadzieję, że więcej ludzi też z tych praktyk zrezygnuje i za kilka lat zapomnimy że na święta Bożego Narodzenia kupowało się żywe karpie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.